Centrum, które milczy, rzeka, której nie ma i Wysoki Zamek, który zamkiem nie jest.

Suweniry, czyli zaspałam.
Zamiast w pociągu obudziłam się w hostelu. Była 11.00, skład do Tarnopola odjechał dwie godziny wcześniej, więc nie pozostało mi nic innego jak ODPOCZYNEK. Na śniadanie poszłam do „Lewego brzegu” (Livyj bereh).

SAMSUNG
Lewy brzeg

Lewy brzeg to lokal w piwnicy Opery Lwowskiej. Wchodzi się po schodach z prawej strony budynku. Oprócz genialnego wystroju, atrakcję stanowi rzeka Połtwa, która przepływa pod mostkiem we wnętrzu piwnicy. Dawniej, dopóki nie została zasypana przez Austriaków, dzieliła Lwów na dwie części.

Po sympatycznym śniadanku wybrałam się na zakupy. Zwiedziłam bazarek, na którym kupiłam tak zwaną „ruską torbę przemytniczkę”. Inteligentnie spakowałam się w plecak, którego stan pozostawiał wiele do życzenia, więc po dwunastu godzinach podróży po prostu się rozpadł. W wielu miejscach Lwowa są punkty naprawy zegarków/pasków/plecaków/ toreb, jednak krawcowa widząc mój tornister złapała się za głowę i poradziła żeby kupić nowy.

SAMSUNG

Pechowo w lumpeksach skończyły się plecaki, a pożałowałam 30-u złotych na nówkę. Więc zainwestowałam piątaka w genialny radziecki nabytek. (Po powrocie do hostelu, recepcjonistka patrząc na moją wypchaną torbę, rzuciła się na mnie pytając kim jestem i co tu robię  😀 )

Oprócz tego kupiłam świetne koszulki, miejscowe piwa „kraftowe” , m.in. z Obamą i Merkel, soki gruszkowe i kawę „ze Lwowa”. Zastanawiałam się nad zakupem kawy „Dla koleżanok” (po angielsku napisano pod spodem „lesbian coffee” ? ), jednak pozostawiłam ten pomysł na następny wyjazd.

SAMSUNG


SAMSUNG

Zrobił się wieczór. Wyskoczyłam na świetnie podaną sałatkę w browarze Prawda i piwo warzone na jagodach. Wkrótce miałam spotkać się z Jurą i jego żoną, którzy obiecali mnie oprowadzić po zapomnianych zakątkach Lwowa.

SAMSUNG
Koszt całości, sałatka z kurczakiem+piwo: 7 złotych!

Centrum, które milczy.
Przed ósmą ruszyliśmy z Jurą i Krystyną na tramwaj. Pierwszy przystanek: Kastyliwka. Co mnie od razu zaskoczyło: wysiedliśmy w ruchliwym, hałaśliwym centrum, przeszliśmy kilka metrów i nagle nastała cisza jak makiem zasiał.

SAMSUNG

Moim oczom ukazały się piękne budynki, trochę przypominające zameczki i pałacyki. Jura opowiadał, że tę dzielnicę zaprojektowano w XIX wieku i pozostała właściwie w stanie nienaruszonym. W tej chwili zamieszkują ją bardzo bogaci ludzie.

SAMSUNG


SAMSUNG

Z Kastyliwki poszliśmy pod Politechnikę Lwowską i stamtąd do Soboru św. Jury i siedziby metropolity Szeptyckiego, który w dziedzinie sztuki miał ogromne zasługi dla kraju. Obecnie jest aferka z nim związana, bo władze postanowiły postawić mu pomnik, którego koszt to 32 mln hryweń. Na miejscu, w którym ma stać pomnik trwają protesty artystów, którzy uważają, że te pieniądze powinny być przeznaczone na rozwój młodych talentów (tak by je wykorzystał sam Szeptycki).

IF
Sobór św. Jura, źródło: lwow.lovetotravel.pl

Ze wzniesienia zeszliśmy do parku Iwana Franki, który trochę przypominał mi wrocławski Park Południowy. Z tą różnicą, że wydawał się większy. Krystyna i Jura przez całą drogę opowiadali mi świetne historie związane ze Lwowem, z artystami, z życiem, jednak opisanie tu każdej zajęłoby mi 10 stron a4 jak nie więcej 😀

Na koniec wycieczki moi świetni oprowadzacze, zaprosili mnie na pizzę! I po raz kolejny miałam okazję zasmakować w prawdziwej lwowskiej gościnności!

10

W ogóle z Jurą to jest zabawna historia, bo poznałam go we Wrocławiu, kiedy to ochroniarz w muzeum miał mi pomóc, a zostawił mnie na półpiętrze samą z ciężkim wózkiem i poszedł. Ludzi było mało, a jak już jacyś byli to odwracali głowy. Znikąd pomocy. Właśnie wtedy wypatrzył nas Jura, od razu podszedł i pomógł. Ukraińska dobroć działa nawet w Polsce!

Jurko prowadzi na Ukrainie biuro podróży Czas na mandry(„mandry” to „wędrówka”). I po tym, jak profesjonalnie i sympatycznie pokazał mi Lwów, z ręką na sercu mogę obiecać, że jak już się zdecydujecie na wycieczkę to wrażenia będą niezapomniane! ( to nie tylko moje zdanie, wskazują na to komentarze na fanpage ‚czas na mandry’).

Więc jeśli macie ochotę zobaczyć piękny kawałek Ukrainy to wycieczki odbywają się regularnie (sama wkrótce skorzystam):

http://timetotravel.in.ua/


Wysoki Zamek, który zamkiem nie jest. Baciar Ihorko i jego gliny.
Z Jurkiem i Krystyną pożegnaliśmy się około 23.00. Od razu skierowałam kroki do domu żeby naładować telefon. Wcześniej Jura podał mi poranne godziny pociągów odjeżdżających do Tarnopola. Siedziałam w pokoju, i siedziałam i siedziałam. Postanowiłam przejść się jeszcze po rynku i zobaczyć co się dzieje. Kupiłam Sangriję w plastikowym kubku i usiadłam na brzegu Studni z Amfitrytą.
LwowRynekAmfitryta
Siedziałam zamyślona patrząc ślepo przed siebie. Musiałam wyglądać dziwnie, bo zaraz podeszło dwóch kolegów i zapytało czy wszystko w porządku. Zrobili to po rosyjsku, więc odpowiedziałam półgębkiem. Po chwili ich zatroskanego monologu i mojego kiwania głową pojawiło się słowo, które zrozumiałam (tak mi się zdawało):
-Atkuda?
-Wid nedilli (od niedzieli).
Goście zdębieli i mieli miny jakby chcieli dzwonić po pogotowie.
-A mówicie po ukraińsku? – spytałam.
Zaraz posypały się pytania: a skąd znasz ukraiński, wow, jak to, Polka zna ukraiński, po co, to dziwne, a że atkuda to po rosyjsku „skąd jesteś” a nie „od kiedy”.

SAMSUNG

Koledzy byli z Drohobycza i przyjechali do Lwowa do pracy w sieci KyivStar (sieć komórkowa). We Lwowie byli od kilku miesięcy i zaproponowali nazajutrz spacer na Wysoki Zamek (must see we Lwowie). Niestety, nazajutrz jechałam do Tarnopola więc stwierdziłam, że można wybrać się i zaraz skoro i tak nie śpię. Chłopcy nie byli przekonani, bo w nocy jeszcze nie byli na Wysokim Zamku i nie wiedzieli czy trafią, ale od czego są NigdyNieŚpiący Lwowianie. Zawsze o drogę spytać można.

I zaczęliśmy naszą wędrówkę. Najpierw do rejonu łyczakiwskiego po pieniądze i kurtkę dla mnie. Potem do kiosku. Tam poznałam uroczą starszą panią Irynkę, która nie mogła zasnąć więc po sąsiedzku przyszła pogadać do kiosku. I która pytała czy wiem gdzie leży Zielona Góra bo ona rodzinę ma i trochę polski zna. I że z chłopcami z Drohobycza to zawsze bezpiecznie bo to porządni ludzie i ufać można.

W drodze na wzniesienie pomógł Ihorko. Baciar, jak o sobie mawiał, prawdziwy lwowski baciar. Nie byłam przekonana, czy nas nie zamęczy po drodze dziwnym gadaniem, ale okazało się odwrotnie! Był tak zabawny, że ryczałam ze śmiechu. Na górę wchodziło się może 10-15 minut. A widok…niezapomniany…żałuję, że miałam głuptaka a nie fajny aparat, stąd jakość nie za bardzo:

SAMSUNG
Widok z Wysokiego Zamku

Kiedy już się rozsiadłam na wygodnej ławeczce (Wysoki Zamek to punkt widokowy Lwowa, taka górka), chłopcy wręczyli mi kubek wina i postawili reklamówkę:
-Jedz! – powiedzieli.
Otwieram worek, a tam…pieczywo, kiełbasa, salami, ser, ciastka…Nie wiem skąd oni to wzięli i kiedy! Wszystko było pyszne! Ihorko opowiadał, że był w Polsce w latach 90. I zapamiętał słowa: Chorzów i gliny. No może więcej zapamiętał, nawet nieźle radził sobie z polskim.

SAMSUNG
Nie, nie mam „przestraszonej miny”. Na zdjęciu jest 5.00 rano a ja już nie wiem jaką minę zrobić do zdjęcia.

Na górze było cudownie: dookoła tylko wiatr, cisza i światła miasta. Czasem tylko można było usłyszeć przejeżdżający pociąg, którego huk niósł się po całym Lwowie.
Ihorko to szalony człowiek. Po kilku opowieściach i pytaniach, czy mam męża i dlaczego nie mam, postanowił zeswatać mnie z Vladim.

-Lepszego męża nie znajdziesz w Ukrainie! A tobie się taka żona nie trafi! Bardziej ukraińska niż polska jest! A jaka ładna i mądra!

Vladi załamał ręce a ja z Vitalijem ryczeliśmy ze śmiechu.

-Tak będzie! Ja tu mam znajomego w cerkwi, zaraz będzie ranek to pójdziemy i was pożenimy! A teraz SWADŹBA SWADŹBA pijemy!

W sensie, że zaręczyny. Faktycznie zbliżał się świt. O ile mi to było bez różnicy, to chłopaki o 8 musieli wstać do pracy. Zeszliśmy więc na dół. Do domu miałam kawałek, więc postanowiłam skorzystać z gościny.

Na stół od razu wjechało wszystko, co mieli w lodówce. Była 5.00 rano, a oni wyciągnęli całe jedzenie, garnki i deski do krojenia.
Co, głodni jesteście? – spytałam.
Nie, gotujemy dla ciebie. Lubisz mięso wieprzowe? Kurczaka? Makaron wolisz czy kartofle?
-Ale ja nie jestem głodna. – powiedziałam.
Trudno, jesteś naszym gościem, musisz jeść!
Musiałam zrobić awanturę, żeby wszystko chowali. Obiecałam, że zwymiotuję jak tylko wyciągną jeszcze jakiś garnek. Po moim długim i ciężkim wywodzie zrezygnowali. Ihorko był niezadowolony ale szkoda mi było tego jedzenia, skoro i tak bym nie zjadła.

Zabawiłam jeszcze z dwie godziny, rozmawialiśmy o wszystkim o czym się da, i pośmialiśmy się przy akompaniamencie okrzyków Ihora walącego radośnie pięścią w stół:
-Swadźba! Swadźba! Niech żyje para młoda Agnieszka i Vladi!

12

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s