Herbata i pościel? Ukraińskie pociagi nie są dla blondynek. Tarnopol i Wasyl, stary kawaler.

Ukraińskie pociągi nie są dla blondynek.
Oczywiście zaspałam. Zgodnie z tym, co mówił Jura, pociąg do Tarnopola odjeżdżał o 9.40, a zegarek pokazywał 12.00. Szybko poprosiłam recepcjonistkę w hostelu o sprawdzenie innych połączeń. Uff, było za godzinę. To oznaczało, że muszę się spieszyć. Z rynku do dworca jest kawałek (piechotą ok. 40 minut, tramwajem…no…15 zdaje się). Wzięłam szybki prysznic i zaaferowana biegłam na tramwaj. Udało się, podjechał. Do kas na dworcu dotarłam na 15 minut przed odjazdem. Po pięciu minutach już kupowałam bilet:

-Dzień dobry, bilet do Tarnopola na najbliższy pociąg poproszę.
-Ulgowy, normalny?
-Normalny
-Życzycie sobie Plackartę czy kupe?

Tu się należy parę słów wyjaśnienia. Kupe to droższy bilet, dotyczy zamykanych przedziałów z łóżkami. O plackarcie niewiele wiedziałam ale założyłam, że spędzę podróż tak, jak spędza ją przeciętnie zarabiający Ukrainiec.

-Plackarta.
-Pościel i herbata?
-??!!!
-Pościel i herbata! – powtórzyła głośniej poirytowana kasjerka.
-Nie rozumiem, może pani powtórzyć?

Byłam pewna, że się przesłyszałam. Kasjerce już puszczały nerwy. Ludzie za mną niecierpliwie przebierali nogami.

-Może przetłumaczyć? – zapytała po angielsku podekscytowana podróżna, która była świadkiem całej sytuacji. I słyszała, że mówię po ukraińsku!  😀
-Nie, nie pościel i herbata.

Pomyślałam sobie, że to może jakiś slang, albo związek frazeologiczny oznaczający „Miłej podróży, proszę biec bo się spóźnicie”. I faktycznie, było już 3 minuty do odjazdu. Wszystko przez pościel i herbatę. Szybko złapałam za łokieć przypadkowego mężczyznę, pokazałam bilet i krzyknęłam żeby mnie zaprowadził na peron. To był mój pierwszy raz na dworcu i nie wiedziałam co i jak. Pobiegliśmy.

Na peronie stał pociąg taki, jakie można zobaczyć na obrazach albo na ilustracjach bajek dla dzieci. Potężny, żeliwny i okazały. Wzbudzał respekt. Chciałam wsiadać, ale coś mi nie pasowało. Niektóre drzwi były oblegane, obsługa sprawdzała bilety. Przy większości otwartych drzwi też stała obsługa ale nie stał nikt. Podeszłam do najbliżej stojących pracowników kolei. Pociąg już powinien odjeżdżać, byłam zdyszana, roztrzęsiona i zaaferowana. Pod wpływem pośpiechu i strachu przed tym, co nieznane.

-Przepraszam, gdzie tu się wsiada? – spytałam jak durak, a ludzie popatrzyli zdziwieni.
-Do wagonu. – odparł kolejarz – Pokażcie bilet.
Pokazałam.
-Wasz wagon jest tam – wskazał na drugi koniec dworca – biegnijcie bo nie zdążycie!

Podbiegam przerażona, zdyszana i zaaferowana do obsługi „chyba mojego wagonu”.
-Przepraszam, czy to tu mam wsiąść? – spytałam, pokazując bilet.
Młody pracownik popatrzył na mnie, przyjrzał się biletowi, podrapał się po głowie i powiedział:
-Nie.
-Ale jak to? To który to wagon? – spytałam stukając palcem w numer na bilecie.
-Tu nie ma takiego wagonu. – odparł człowiek ze śmiertelną powagą.
-No jak nie ma?! – myślałam już, że zejdę na zawał.
-Nie ma. Taki wagon nie istnieje.

Siedem złotych i godzina pędu/stresu/przerażenia/rozmyślań o Tarnopolu przeleciała mi przed oczami. Ręce mi opadły. Popatrzyłam bezradnie na gościa, a na jego twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.

-Żartowałem, wsiadajcie.

Wsiadłam i nagle cała okazała potęga pociągu skurczyła się do rozmiaru kurnika. Bo w gruncie rzeczy znalazłam się w kurniku. Ciasny korytarz, taki jak u nas w PKP z przedziałami ale bez przedziałów. Zamiast nich wnęki metr na metr i poprzyczepiane do ścian obite deski na zawiasach. No i coś ala opuszczone deski. Podróżni wskazali moje miejsce. Na desce siedziała starsza kobieta i młodsza, ale słusznych rozmiarów. Na przeciwko kobieta, trzy maluszki i dwóch mężczyzn.

-To Wasze miejsce – powiedzieli do mnie. Przysiadłam i się skurczyłam. Wszystko wyglądało ‚podejrzanie i niebezpiecznie’. Na szczęście z pozoru . Nagle przyszedł pracownik kolei załadowany jakimiś workami. Ludzie rzucili się do niego.

-A u Was nie ma pościeli? – spytała kobieta i wzięła mój bilet i przyjrzała się dokładnie – Ano nie ma. – wszyscy spojrzeli na mnie dziwnym wzrokiem.
-Dokąd jedziecie? – spytała mama trójki uroczych ukrainiątek.
-Do Tarnopola.
-A to niedaleko.

Pociąg ruszył. Ludzie zaczęli opuszczać deski nad siedzeniami i ścielić jak łóżka. Deski były dość wysoko więc zastanawiałam się jak rozwiążą problem wejścia na nie. Otóż ze ściany wystawał mały dzyndzelek z metalu. Hop, noga na dzyndzelek, krótkie podciągnięcie o deskę i już delikwent leży z książką oparty o miękką poduszkę. Największym zaskoczeniem była siedemdziesięciolatka, która równie bezproblemowo wskoczyła na wysokie „posłanie”. Ja bym nie umiała. I na szczęście nie musiałam, bo moje „łóżko” było bliżej ziemi. Za to nade mną, na swojej desce leżała kobieta ważąca na pewno więcej niż 100 kg. Patrzyłam na wątłe dwa zawiasy i postanowiłam uciekać. Niestety, odwrotu nie było.

pociag ukraina
Tak to wygląda. Ukraiński pociąg.

Korytarzem przeszedł chłopak z wózkiem sprzedający piwo, wodę i przekąski (ale hierarchia :D). Marzyłam o czymkolwiek chłodnym do picia ale nie mogłam drgnąć. Chwilę potem zlitowała się nade mną pewna pani. Dała mi swoją poduszkę, kazała się położyć spać i obiecała mnie obudzić w Tarnopolu. Skuliłam się jak pies, modląc się w duchu żeby łóżko nade mną się nie zerwało. Po półgodzinie ktoś przykrył mnie kocem. A po dwóch godzinach już byłam w Tarnopolu.

trasa lwow tarnopol

Tarnopol i cholostyj Wasyl.
Po tym jak wysiadłam z pociągu od razu poszłam się zainteresować o której powrót. Miałam wracać słynną elektryczką. To taki pociąg, który kursuje w mniejszych odległościach i podobno jest hardkorem (wypadające drzwi, okna, latające świnie, kury, kilimy na podłodze itp.).

Miałam do wyboru: albo wracać za 1,5 godziny albo późnym wieczorem. Wybrałam tę pierwszą opcję. Jak na pierwszy raz to i tak nieźle.

SAMSUNG
Dworzec w Tarnopolu
SAMSUNG
Tarnopol

Tarnopol słynie z jeziora położonego w środku miasta. Najpierw jednak postanowiłam zobaczyć rynek. Zmęczona upałem i emocjami, zapytałam pierwszej lepszej kobiety gdzie jest rynek. I nie wyszło mi to zbyt profesjonalnie. Kolejny raz złapałam się na podobieństwie obu języków. I zapytałam o „Rynok”. Pani powiedziała, że rynoczok daleko i trzeba jechać kilka przystanków autobusem. Zdziwiło mnie to trochę. Ale z drugiej strony we Lwowie też trzeba podjechać.

Wsiadłam więc w pierwszy autobus i ruszyliśmy. Po drugim przystanku, gdy ochłonęłam, uświadomiłam sobie, że nie spytałam o centrum miasta, tylko o rynoczok. To znaczy BAZAREK. Szybki komunikat do babci z przodu, wyskoczyłam na najbliższym przystanku i już drałowałam z powrotem. Czas się kurczył nieubłaganie, dlatego od razu skierowałam się w dół, w stronę jeziora. Wyobraźcie sobie Kalisz albo Wałbrzych, w środku którego stoi jezioro. Prawda, że fajnie? 😀

SAMSUNG
Trolejbus. Pantograf pełnił funkcję dekoracyjną, przynajmniej tak się zdawało.
SAMSUNG
Jezioro w środku miasta.

Przy jeziorze stoi baszta i zamek. Całość robi ogromne wrażenie. Można się też przepłynąć stateczkiem. Nie skorzystałam z tej opcji bo się spieszyłam. Ekspresowo postanowiłam ruszyć w stronę dworca, żeby jeszcze po drodze zobaczyć centrum. Zaczepiłam pewnego młodego i sympatycznego człowieka i spytałam o drogę.

z wasylem

Wasyl okazał się bardziej niż pomocny. Poprowadził mnie taką drogą, żebym zobaczyła najpiękniejsze budowle/pomniki/zabytki Tarnopola. A to wszystko w drodze na Wokzal.

Dzięki temu zobaczyłam ładny pałacyk, cerkwie, kwiaty i pomnik Puszkina, któremu gołąbek akurat usiadł na głowie

SAMSUNG
Puszkin z gołębiem na głowie. Oby  źle się to dla niego nie skończyło.

SAMSUNG

Zwiedzaniu towarzyszyła miła rozmowa. Wasyl zachwycał się rozwojem Tarnopola, pokazywał jak kładą płyty chodnikowe, jak pięknie rosną kwiaty. „Niedługo tu będzie jak w Europie” – powiadał. Nagle rozmowa zeszła na tematy bardziej osobiste.

-Wiesz, Agnieszka, ja cholostyj – powiedział towarzysz i schylił głowę – a ty taka zruczna diwczynka. Wse u tebe i nohy zruczni i buzia harna i taka cala harna. – poczerwieniał.

Doskonale pamiętałam co oznacza „cholostyj”, ale zagrałam głupa, że nie wiem.

-No cholostyj….ślubu nie mam….żony nie mam.

Znaczy, że trafiłam na starego kawalera (miał 30-40 lat), i omal nie usłyszałam propozycji małżeństwa! (to nie pierwszy raz na Ukrainie, więc singielki, nie wahajcie się, uderzajcie :D) .

-To smutne- odparłam zmieszana.
-No nie mam szczęścia w miłości. A ty taka ładna dziewczyna i uśmiechnięta. I nawet telefony mamy takie same! – uśmiechnął się od ucha do ucha – Co za przypadek, że cię tu spotkałem! I taka odważna, że nie boi się sama po Ukrainie!

Tu urwę rozmowę bo zrobiło się wzruszająco. Wasyl zaprowadził mnie na pizzę, potem na dworzec, pomógł kupić bilet i trafić na pociąg. Stał dzielnie 15 minut dopóki nie odjechałam.

W podzięce za oprowadzenie, zaproponowałam mu, że wyślę pocztówkę z Wrocławia. Sprawi mi to mega frajdę, bo widziałam jaki Wasyl był szczęśliwy gdy zapisywałam jego adres.

Elektryczka.
Nie taki diabeł straszny jak mi go tam namalowali. Czułam się zdecydowanie lepiej niż w „pojizdi” tzn. w pociągu. 2 zł za bilet i w środku wszystko jasne. Nie było żadnych desek, herbat i pościeli. Nie było ciasnego korytarza. Nie było ponumerowanych miejsc. Po prostu wagon z kilkoma ławkami takimi jak w parku stoją i swojska atmosfera wśród wracających z pracy na wieś. Prawdziwa gratka dla blondynki.

SAMSUNG
W elektryczce.

Siadłam zadowolona na ławeczce i popatrzyłam w szybę. Za oknem mijały wioseczki, lasy i pola. Ogromne pola zbóż, na których gdzieś w oddali majaczyła cudna cerkiew z pozłacanymi kopułami, składały się na malowniczy, egzotyczny krajobraz.

Wlepiałam gały w okno, gdy przysiadło się do mnie dwóch młodzieńców. Jeden od razu założył słuchawki na uszy, a drugi siadł koło mnie i się gapił. Równie intensywnie jak ja na pszenicę i cerkwie.
Olałam to. Chłopak wytrzymał 25 minut.

-Co tak patrzycie się w to okno? – zapytał.
-A co, zabronione? – odparłam
-Nie, ale nie wiem co tam widzisz zachwycającego. Jestem Pavlo.
-Agnieszka.
-Naprawdę istnieje takie imię?

I zaczął wypytywać. Co tu robię, czemu sama, czemu tak, gdzie się uczę….potem przeszedł do pytań o wiarę w Boga, wiarę w Ukrainę i niewiarę w Rosjan. Egzamin zdałam, musiałam za karę podać facebooka. Kolega się uprzejmie pożegnał i wysiadł.

W trakcie rozmowy powrócił temat wojny, nieraz poruszany ze mną we Lwowie. To straszne, kiedy na przeciwko Ciebie siedzi Twój rówieśnik: przystojny, inteligentny, uśmiechnięty i dowcipny chłopak, który chce się ożenić, mieć dzieciaki i pracować uczciwie na chleb, i wiesz, że lada moment, gdy się z Tobą rozstanie i wróci do domu, może być tak, że od razu spakuje rzeczy i pojedzie na front. Nikt nie wie kiedy przyjdzie bilet. A najczęściej podobno przychodzą do ‚najlepszych’. I do żonatych. I do dzieciatych. I nawet do sześćdziesięcioletniego dziadka…

Lwów powitał mnie tęczą. Może to na szczęście?

SAMSUNG

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s