Kominiarze, konie,deszcz i Charlie Chaplin. Czyli majówka we Lwowie.

Pierwszy raz.
Pierwszy wyjazd do Lwowa starałam się rozplanować bardzo starannie. Nieduży budżet i mało czasu na zwiedzanie mocno mnie ograniczały, a chciałam zobaczyć jak najwięcej – nigdy nie wracam w to samo miejsce (już nieaktualne 😉 ), więc jak już gdzieś jadę, to staram się ten wyjazd wykorzystać maksymalnie.

Udało mi się zaplanować trasę za 33 zł w 11 godzin. To dużo taniej i dużo krócej niż jakbym jechała bezpośrednim pociągiem, samolotem czy autobusem. A o tym, w jaki sposób dojechać tak szybko i za takie pieniądze przeczytacie tu :TANI DOJAZD

Jak już byliśmy w drodze pomyślałam, że chyba trochę marnuję czas i pieniądze. No bo co takiego może zaskoczyć we Lwowie?

W poście znajdziecie trochę przygód, trochę informacji, trochę porad i trochę o błędach, które popełniłam gdy jechałam pierwszy raz do Lwowa. Czyli na co uważać i z czego korzystać.
Zapraszam!

1.jpg

Coś pomieszałaś.
Z Wrocławia wyjechaliśmy o 5:00, we Lwowie byliśmy o 16:00. Właściwie to o 17:00, bo zegarki na telefonie trzeba było przesunąć o godzinę. Wysiedliśmy na dworcu i pierwsze co zrobiliśmy to poszliśmy do kiosku. Skończyły się papierosy i Maciek chciał kupić paczkę.

Stanęliśmy pod sklepikiem i zaczęliśmy przecierać oczy ze zdumienia. Przeliczam cenę. Liczę jeden raz, liczę drugi raz, trzeci…Mówię mojemu towarzyszowi ile zapłacimy za paczkę.

-Coś pomieszałaś!
-Niemożliwe! A może oni sprzedają paczki po 10 sztuk? Albo to cena za sztukę?
-Nie no, jak mam płacić 2 złote za jednego papierosa to ja podziękuję.

No nic, ryzyk fizyk. Kupiłam papierosy, dałam hrywny o równowartości złotówki, a pani podała mi paczkę.

I czekam. Czekam na reakcję. Babka nic. No skoro nic, to ok. Szok.

Idziemy na tramwaj. Przystanek jest zaraz przy dworcu, więc daleko nie musimy dreptać. Zaczepiam miłą panią na przystanku i pytam czym dojedziemy do centrum. Pani zaraz podłapuje akcent, słyszy, że Polaki i opowiada historię o tym, jak w latach 90. pracowała pod Warszawą. Dużo zarabiała, miała wysokie stanowisko. A teraz bieda. Sprowadziła rodzinę siostrzeńca z Donbasu i codziennie modli się, żeby wrócił. Ale on nie chce. Dom stoi, to trzeba pilnować żeby nie rozgrabili. Dobytek życia, więc szkoda. I, że wczoraj bomba spadła na szkołę przy domu, ale siostrzeńcowi nic się nie stało.

Przyjeżdża jedynka. Pani nas błogosławi na drogę i życzy dużo szczęścia.
Wsiadamy w tramwaj i nie mamy biletu. Pytam przypadkowego pasażera skąd wziąć bilet, ten popycha mnie w stronę kabiny motorniczego.
-Ile ? – pyta pasażer
2 normalne – odpowiadam i podaję równowartość naszych 40 groszy (bo tyle jest napisane nad drzwiami).
-DWA NORMALNE! – pasażer wali w kabinę i wrzeszczy.

2.jpg
Kasownik w tramwaju

Tramwaj rusza. Z kabiny wyskakuje jakaś klapka. Pasażer wkłada tam nasze pieniądze. Klapka się zamyka. Znów się otwiera z dwoma biletami. W międzyczasie motornicza przelicza pieniądze, rozmawia przez telefon i omal nie taranuje dwóch samochodów.

-Zakompostujte kvytky! – woła starszy facet z wąsem. Znaczy kontroler.
My swoje zakompostowaliśmy. Jedziemy jeszcze 10-15 minut i wysiadamy w centrum.

SAMSUNG
Rynek we Lwowie

Zrobił nas w konia.
Pieniądze wymieniliśmy już w Polsce, co było sporym błędem. Różnica w kantorze była taka, że straciliśmy dobry obiad. Będziemy na przyszłość pamiętać.

Tymczasem ruszamy na ul. Kniazia Romana 9, gdzie ma na nas czekać właściciel wynajętego na czas pobytu mieszkania. 40 zł za dobę, znaczy się 20 zł za osobę za dzień, własna kawalerka. Jest taka opcja we Lwowie, że można niedrogo od kogoś wynająć prywatną kwaterę.

5

Było ciężko, bo przyjeżdżaliśmy na majówkę i wszędzie było obłożone. Na szczęście pan z Kniazia Romana odebrał i powiedział, że będzie czekał ok. 18:00 pod bramą. Odebrał gdy dzwoniliśmy z Polski. Gdy staliśmy pod bramą już nie odebrał.

Maciek wściekły, ja jeszcze bardziej. Pytamy sąsiadów, czy znają tego i tego, może coś się stało? Nikt nic nie wie. Jakiś uprzejmy Ukrainiec prowadzi nas do bramy obok:
-Tu macie hostel, może znajdziecie wolne miejsca?

Wdrapujemy się po schodach. Miła recepcjonistka słucha mojej historii i załamuje ręce:
Tak się nie robi! Często jak taki wynajmujący dostanie lepszą, droższą ofertę od zainteresowanych, olewa pierwszych. U nas wszystko obłożone. Majówka jest. Wątpię, żeby gdziekolwiek były miejsca.

6

I dzwoni po hostelach. Chce mi się płakać. Rzadko mam możliwość wyjechać, a jak już mam to chcę żeby wszystko chodziło jak w zegarku. Żeby odpocząć i mieć spokój.

-No przykro mi.- mówi recepcjonistka – znalazłam Wam dwie doby w jednym hostelu, jedną dobę w następnym a potem nie wiem jak wam pomóc…-podaje mi kartkę z zapisaną instrukcją – popytajcie jeszcze. A następnym razem dzwońcie wcześniej i najlepiej wynajmujcie pokój W HOSTELU!

Wyszliśmy bezradni. Perspektywa przenoszenia rzeczy po hostelach, podczas gdy jesteśmy tu tylko na 3 dni przerosła moją wyobraźnię. Pochodziliśmy jeszcze po innych hostelach, ale było tak jak mówiła recepcjonistka: Nigdzie nie było miejsca. Nawet w koedukacyjnych pokojach na 8 osób.

-Dobra, ja mam to w dupie. Jestem głodny, chcę się czegoś napić.- powiedział Maciek.

W sumie fakt. Wybraliśmy pizzerię Cellentano w samym Rynku. Stwierdziliśmy, że po takiej akcji nie będziemy się oszczędzać, bierzemy wszystko na co mamy ochotę. Nie chciało nam się przeliczać, braliśmy na chybił trafił.

Gdy czekaliśmy na włoski specjał, przypomniała mi się Pani Ania, o której wspominała koleżanka. Sarka była niedawno na wycieczce we Lwowie, gdzieś w którymś hotelu, czy restauracji, zaczepiła ją jakaś pani i zaoferowała noclegi u siebie na kwaterze.

-Halo? Dzień dobry! Mam pani numer od koleżanki…..bla bla…
-Ojej! Ja jestem na daczy! Ale przyjadę za dwie godziny jak trzeba! Chcecie?
-Ale są u pani wolne miejsca?
-Tak, przyjeżdżajcie na ile chcecie!
I w ten sposób trafiliśmy pod dach pani Ani.

8.jpg

Ile?!
W restauracji zamówiliśmy wypasioną pizzę o średnicy 50 cm., dwa duże, bardzo dobre piwa i mrożoną kawę. Spodziewaliśmy się wyskoczyć z siedmiu-ośmiu dych i było to spore obciążenie dla budżetu, no ale pierwszy dzień, stres, no niech będzie. W końcu rynek, no i żarełko było świetne, ledwo się ruszaliśmy z przejedzenia. Kelner przyniósł rachunek.

-Ile?!

Wyciągnęliśmy kalkulatory. Zaczęliśmy liczyć. Coś było nie tak. Wyciągnęłam kartkę i zaczęłam obliczać ręcznie. Wszystko się zgadzało.
-Ty, a może kelner się pomylił? – spytałam Maćka.

Akurat wtedy pojawił się kelner. Wziął pieniądze, dał resztę i podziękował.
Przyjrzeliśmy się rachunkowi. Nie pomylił się. Zapłaciliśmy za wszystko 32 złote.
9

Pani Ania okazała się sympatyczną i bardzo gadatliwą emerytką. Ugościła nas w pokoju z wszechobecnymi kilimami. Podarowała też nalewkę własnej roboty, z własnych winogron. Cała plastikowa butla była do naszej dyspozycji.

-Wiecie, wy to mi z nieba spadliście! Mam urodziny za tydzień, ale nie mogłam wyprawić bo ledwo na życie starcza. Wiecie, ja po 40u latach bycia pielęgniarką dostaję tylko DWIEŚCIE ZŁOTYCH EMERYTURY MIESIĘCZNIE. I jak ma mi starczyć? Podnieśli opłatę za wodę, za gaz, ceny w sklepach rosną. Gdyby nie dacza, nie miałabym co jeść! U dzieci też niewesoło, jeden syn zarabia ale tak, że ledwo starcza, drugi jest bezrobotny….A tu wy nagle dzwonicie, ale będzie przyjęcie! Nawet ciasto będę mogła upiec! I zaproszę Olenkę, Marijkę….

Pani Ania opowiedziała potem z 30 historii o swoich gościach. O profesorze z Olsztyna, o Kubie, który jest dla niej jak syn….Miło było, ale z drugiej strony zależało nam żeby w końcu zobaczyć miasto!

W końcu udało się wziąć prysznic i ruszyć w miasto 😀 Mieszkanie znajdowało się na Bratiw Rohatynciw, a to boczna uliczka rynku. Daleko do domu nie mieliśmy.

Jazz na żywo, Charlie Chaplin… – zawróć panienko! Czyli wieczór we Lwowie.
Pierwszą knajpką, którą odwiedziliśmy był pub Dzyga. Schowany na końcu ulicy Wirmeńskiej, z pokręconą drabiną wypadającą z okien w dachu. Bardzo chciałabym opisać ten lokal, ale nie mogę. Jakbyśmy w jedno zdanie wrzucili pojęcia surrealizmu i dekadentyzmu, zbliżylibyśmy się bardzo do charakteru tego miejsca. Jazz na żywo, Charlie Chaplin i pokręcony design w środku. Warto zajrzeć, napić się nalewki (jak się okazało, w całym Lwowie rodzajów nalewek od groma).

10

Potem rzuciliśmy się w podwórka. Próbowaliśmy wejść na dach, ale raptem zza szklanych drzwi klatki wyskoczył Typowy Bohdan i pogroził palcem, radząc żebyśmy się nawet nie fatygowali na drabinę. Zeszliśmy więc do Kryjivki, najbardziej nacjonalistycznej knajpy Lwowa. Tam poznaliśmy dwóch fajnych gości. Całą noc spędziłam tłumacząc dialog mojego towarzysza i nowopoznanych kolegów, za co zostałam obdarowana pięknym bukietem kwiatów, kupionym od babci za 20 groszy (!) o czwartej nad ranem w Rynku. Ukraińcy w ten sposób podziękowali za miłe towarzystwo.

Kominiarz, kościół i kopalnia.
Śniadanie zjedliśmy na dachu Domu Legend. Było pyszne! Rzuciliśmy w kominiarza kilkoma kopiejkami, nasłuchując czy przypadkiem nie spadną na łeb jakiemuś turyście. Zeszliśmy do Kopalni na kawę i zaczęliśmy zwiedzanie. Najpierw – Ratuszowa Wieża. Morderczo zakręcone schodki przyprawiały mnie o zawrót głowy. Pod koniec wspinaczki można było zobaczyć całą mechaniczną budowę dzwonu, który akurat zabębnił nad głowami. Widok był piękny. We Lwowie nie ma szklanych wieżowców, więc człowiek patrząc po horyzont ma wrażenie, że cofnął się w czasie lądując np. w XVI wieku.

11

Po zejściu z wieży udaliśmy się na zwiedzanie cerkwi. Było gdzie chodzić, bo we Lwowie jest ich mnóstwo. Nie będę opisywać każdej z osobna, kiedyś poświęcę im osobny dział na stronie (są naprawdę godne uwagi, robią wrażenie!), mogę jednak podzielić się zdjęciami, które zrobiłam…

13

12

Ostatnią z odwiedzonych, a zarazem tą, która zrobiła na nas największe wrażenie była cerkiew Ormian. Zapach kadzideł, szepty cedzone w dzikim języku, promienie słońca, wpadające przez okna prosto na twarze namalowane na ikonach….i te obrazy!

15

Po wyjściu ze świątyni wybraliśmy się po colę (właściwie to pepsy-kolę) z milkiwajem (chodzi o milkiłeja 😀 ) i ruszyliśmy na cmentarz Łyczakowski, znany wśród Polaków częściej pod nazwą: Cmentarz Orląt Lwowskich.

16

Szliśmy na piechotę, droga z rynku na cmentarz jest prosta jak z bicza strzelił, idzie się cały czas jedną ulicą, po drodze mijając Uniwersytet Medyczny

Cmentarz Łyczakowski jest potężny. Bardzo przypomina ogromny park, do którego można wyskoczyć na spacer. Dróżki są czyste, schludne, zadbane, a nagrobki (żołnierzy, pisarzy, sław historycznych, rodzin…) przepiękne. Część, w której leżą ciała Orląt Lwowskich jest dla mnie nieco psychodeliczna na tle fantazyjności reszty cmentarza (prawda, oceniać może nie wypada, ale chciałam oddać wrażenie).

W każdym razie jest pięknie. I każdy powinien to zobaczyć:

19

18

Z cmentarza zjechaliśmy tramwajem do rynku. Zjedliśmy obiad w „Pstrąg, chleb i wino” na Rohatynciv, a potem trafiliśmy do Mazoch Cafe, knajpy z penisami i cyckami na ścianach, w której na życzenie kelnerka przygotuje cały rytuał picia absyntu. Mój towarzysz trochę się pogubił, bo zamiast wciągnąć, zamknięty w kieliszku gaz z absyntu, podniósł naczynie, przyglądając się ze zdziwieniem rurce. Szybko zareagowałam, zamknęliśmy kieliszek, koleżka pośpiesznie zassał resztki pary, ale chyba już na nic się to nie zdało. Po tym, jak kelnerka opalając ogniem, obtłukła pejczem Rosjanina na naszych oczach, poszliśmy spać.

Don Juan, czyli przekręt w operze, czarny hamburger i marsz pod Lampę Naftową.
Śniadanie zjedliśmy przy Wirmeńskiej. Czarny hamburger był niesamowicie pyszny. W Ukrainie było święto narodowe, więc trafiliśmy niechcący na marsz. Bardzo ciekawe doświadczenie. Po jednej stronie stał „prawy sektor”, po drugiej, oddzielany przez milicję „lewy”. Z tego, co zrozumiałam – lewy chce do Europy oraz zniesienia korupcji, pracy, obniżek cen. Prawy chce do Europy przy zachowaniu tradycji. Piękny natomiast ukazał się patriotyzm. Mimo różnych argumentów i przeciwnych stron, obie strony wspólnie wykrzykiwały patriotyczne hasła.

20

Chciałabym opisać tu wszystkie miejsca, które potem odwiedziliśmy, na przykład park na Wałowej przy Baszcie jest świetny na złapanie oddechu, ale ograniczę się, ponieważ wszystko jest opisane w działach i poddziałach na stronie – wróćmy więc do najważniejszych punktów wycieczki, a zatem…

Opera! Oczywiście w ostatniej chwili. 15 minut przed spektaklem (Don Juan) stanęliśmy w olbrzymiej kolejce do kas. „Chyba nie zdążymy” – powiedział Maciek. Z moim uporem jednak nie jest tak łatwo. Zaczęłam zaczepiać ludzi, jak zwykle z resztą, zagadywać i żywo interesować się tym, kto na kiedy kupuje bilety, czy aby na pewno na ten spektakl za chwilę, bo w kolejce są osoby potrzebujące itp. itd. Nie minęło 5 minut, jak ktoś wyciągnął mnie z kolejki za łokieć i pociągnął pod filar. Elegancko ubrana pani, należąca bez wątpienia do obsługi, nachyliła się do mojego ucha i szepnęła:

-Chcecie bilet?
-Tak
-A ile was jest?

Maciej, który pozostawał w kolejce, patrzył na nas z zainteresowaniem. Para stojąca przed nim, która, jak wcześniej ustaliłam, też wybierała się na Don Juana i nastawiła ucha.
-Czworo.
-150 hrywien. Za osobę. Najlepsze miejsca na balkonie przy samej scenie. Pasuje?
-Ok.

Nie mogę jednoznacznie stwierdzić – czy pani wzięła łapówkę, czy po prostu się zlitowała słuchając mojego jątrzenia w kolejce – nie połapałam się w końcu ile kosztuje loża, na stronie są rozbieżne informacje. Jeżeli ktoś się jednak porwie na operę, ceny za bilet wahają się pomiędzy 8,50 zł a 40 zł (najdroższe miejsce na wieczorny spektakl).

21

Po spektaklu poszliśmy na Krakowską 30, do spożywczaka, w którym można spróbować naleweczki/wina, przed zakupem. W plastikowych kanistrach leżą wzdłuż całej ściany, wina z Odessy, Zakarpacia, Krymu….obsługa podchodzi z plastikowym kubeczkiem i opowiada historię każdego z trunków. Jeżeli coś nam posmakuje, pan nalewa wino do butelki, przypominającej tę po szamponie. W takiej wersji zapłacimy 4zł, w wersji półlitrowej damy nieco więcej, bo nawet 8-10zł. Smak jest taki, że polecam!

Wkrótce po tym wróciliśmy do domu żeby się przebrać. Postanowiliśmy spróbować domowej nalewki, która mrugała zachęcająco z parapetu. Smakowała jak kompocik. Niestety, kompocikiem nie była. Po drugim kubeczku zwaliło nas z nóg.

Deszcz
Poranek nie należał do najłatwiejszych. Mieliśmy jeszcze dużo planów, bo na miejscu się okazało, że do zobaczenia jest więcej niż zakładaliśmy. Nie byłam jednak w stanie się ruszać. Uratowała mnie niezastąpiona Pani Ania, która przyniosła mi coś w rodzaju aspiryny i dziwne kropelki:
-Przygotuj się. Jak odkręcę nakrętkę możesz zwymiotować, strasznie śmierdzą. Ale pomogą.

Zaufałam. Pani Ania odkręciła nakrętkę. Po kuchni raptem poniósł się niebotyczny smród starych skarpet, kapuchy i odchodów. Zatkałam nos. Wypiłam. I za radą pani Ani, położyłam się spać. Po godzinie obudziłam się jak gdyby nigdy nic. Byłam w świetnej formie! Wyszliśmy zobaczyć jeszcze Pałac Potockich i kupić prezenty dla przyjaciół – szczególnie słoninę w czekoladzie dla brata.

We Lwowie szedł deszcz. Urocze uliczki, cerkwie i ekscentryczne kamienice z groteskowymi knajpami machały nam na pożegnanie, kiedy odjeżdżaliśmy w stronę dworca.

Trzy dni we Lwowie to wystarczająco, żeby się nim zarazić. To wystarczająco żeby zobaczyć dużo, choć nie wszystko! Wystarczająco, żeby się dobrze zabawić i wypocząć. Ceny są zatrważająco niskie, więc odkładać specjalnie pieniędzy nie musimy. A warto przyjechać. Klimat Polski lat 90.-tych powoli się kończy, „wchodzi Europa”. Jeżeli macie ochotę cofnąć się w czasie i przeżyć coś niezwykłego, to naprawdę polecam.

22

Reklamy