O tym jak strzelałam ze snajperki, mieszkałam w ZOO i przeżyłam ostatnie starcie z milicją.

Ostatni wyjazd utwierdził mnie w przekonaniu, że jeszcze wrócę do Lwowa. Nie spodziewałam się jednak, że nastąpi to tak szybko! Zaledwie po miesiącu od ostatniej wizyty, pędziłam PolskimBusem w stronę Wschodu. Nadarzyła się okazja, żeby jechać na weekendową wycieczkę objazdową połączoną ze wspinaczką na najwyższy szczyt Ukrainy. Za 8 dyszek. Z noclegami. Z autokarem. Z przewodnikiem. No nie mogłam tego odpuścić. Wcześniej jednak zaplanowałam dwa dni we Lwowie, żeby spokojnie opłacić wycieczkę, kupić pamiątki i odwiedzić starych znajomych.

SAMSUNG
Lwów sierpniowy.

Wschód przywitał mnie słońcem. Był upał ale mi to pasowało, bo zamiast targać dziwne kurtki i swetry, mogłam polatać w lekkiej sukience. We Lwowie tradycyjnie byłam o 17:00. Kantor, wymiana, i zaraz pędziłam do hostelu, który niestety był trochę dalej niż ostatnio, ale musiałam się na niego zdecydować – przyjeżdżałam na święta, więc wszystko zostało obłożone przez turystów w mgnieniu oka.

Zamieszkałam na Gazowej w hostelu Vitan. Szybki prysznic, późny obiad w Prawdzie (przekładaniec z mamałygi i bryndzy) i wpadłam w wir fikuśnych knajp i uliczek Lwowa.

SAMSUNG

Do Kryjivki nie można było się dopchać. Odwiedziłam więc Dzygę, znowu Prawdę, Hasową Lampę, Kraftowy Browar na Drukarskiej, obleciałam rynek dookoła i… nic się nie stało. Rozczarowana wzruszyłam ramionami i stwierdziłam, że widocznie to nie jest dobry dzień na szukanie męża. Na pociechę wróciłam do Kryjivki żeby wypić jedno piwko i wrócić do hostelu spać.

SAMSUNG
Kryjivka

Na wejściu padło legendarne hasło, a w ramach powitania kieliszek samogonu. Było dość wcześnie, więc w środku dominowały rodziny z dziećmi. Podeszłam do baru:

-Jedną Kwitkę poproszę.
-A skąd przyjechaliście?
-Z Polski.
-To wiem, ale z którego miasta?

Niestety. Skapnął się. Udawanie pięknej, mądrej i bogatej córki oligarchy z Petersburga się nie powiedzie (a taki był chytry plan na złowienie męża). No ale co sie dziwić? Mój akcent w porównaniu z żywą, melodyjną ukraińską mową można porównać do niewydarzonego, spalonego naleśnika leżącego okrakiem na taborecie przy okazałym, czekoladowym torcie z wisienką na kryształowej paterze.

-Z Wrocławia.
-Męża przyjechała szukać?
-Toczno!
-To dobrze, nas tu bahato.

Przystojniak podał mi kufel. Poszłam na podwórko Kryjivki, tzn. do biura NASA z frymuśną rzeźbą sięgającą dachu. Tam też się wdrapałam. Po ostatniej wizycie Dim Lehend skutecznie odstraszył mnie swoją turystowością, a być we Lwowie i nie wejść na dach to niegodziwość.

SAMSUNG
Instalacja w biurze NASA, tzn. w podwórku Kryjivki.

Na dach Kryjivki wchodzi się po blaszanych schodach (oczywiście nie nielegalnie). Miasto powitało mnie sympatycznym zmierzchem z księżycem po turecku przyklejonym nad wieżą kościoła. Postanowiłam, że tu zostanę.

SAMSUNG
Z dachu Kryjivki.

Na dachu było parę osób co jakiś czas strzelających ze snajperki umieszczonej na podwyższeniu. Młodzi mężczyźni, kobiety i dzieci. Bombardowali wszystkie strony świata. Najciekawszymi gośćmi okazało się dwóch chłopców (na oko 8-9 lat) którzy po wejściu na drabinę zawołali:

-Mamo! A gdzie jest Moskwa?
-Tam ! – matka pokazała kierunek.
-Dawaj na Moskali! – huknął starszy, skierował broń na wschód i zaczął ustami turkotać, bambamić, tyszdyszować w stronę Rosji. Oczywiście przy akompaniamencie tutututania młodszego.

Też postrzelałam.

SAMSUNG
A masz! Tydysz.

Potem umówiłam się z Valerym z Mariupola (dziwny był) na następny wieczór pod Operą o 20:00 i skierowałam swoje kroki w stronę hostelu.

Atmosfera Lwowa zdecydowała jednak o innym biegu wydarzeń. Pod teatrem wpadłam na Saszę:

-Prywit! – zawołałam.
-[rosyjski rosyjski spasiba paszołwon balszoje balszoje rosyjski]
-Przykro mi, nie znam rosyjskiego.
-[rosyjski, rosyjsko-ukraiński]
-No to się nie dogadamy, do pobaczenja.
-Czekaj! Jak masz na imię? [rosyjski, rosyjski] My idziemy z druhami [ukraińsko-rosyjski], dawaj z nami!

Sasza był z Ługańska i przyjechał do Lwowa z kolegami, z którymi pracuje w Odessie. Tłumaczyli, że na co dzień porozumiewają się w języku rosyjskim, ale zaraz się dostosują. I tak też było. Sasza szybko wrócił do domu, a ja z jego dwoma towarzyszami uderzyliśmy w odpowiednik naszej „Pijalni wódki i piwa”, gdzie zostałam przez nich ugoszczona ze wszystkimi honorami, jak prawdziwa księżniczka.

6a

Wkrótce potem dołączył do nas starszy Holender i po dłuższej rozmowie wracałam rozśpiewana do hostelu. Po drodze przechwycił mnie pewien młody Ukrainiec. Przerażony moją niefrasobliwością odprowadził mnie pod same drzwi hostelowego pokoju:

-Bo polska panianka nie może chodzić po Lwowie sama!

Rano w drzwiach czekała na mnie kartka z numerem telefonu do Andrija. A w torebce znalazłam to:

SAMSUNG
Trochę się zgło.


Ptaszarnia.
Drugi dzień zaplanowałam na zakup pamiątek i przewiezienie ich razem z resztą rzeczy do Marty, młodej tłumaczki, którą poznałam miesiąc wcześniej na Miesiącu Spotkań Autorskich we Lwowie. Miała przechować moje rzeczy na czas wycieczki i po powrocie mnie przenocować.

Marta mieszka w Rjasnem. Nie miałam pojęcia, gdzie to jest, ale stwierdziłam, że sobie poradzę. Gdy kupowałam rzeczy z listy pamiątek, zadzwonili koledzy, których poznałam poprzedniego wieczoru.

-Zapraszamy na kawę! Czekamy w Rynku!

Ok! Rozmawiało się wspaniale. Zamówiłam sobie kawę, już chciałam za nią płacić, ale usłyszałam, że „dla Ukraińca to obraza”, więc szybko porzuciłam swój zamiar.

7

Zadzwoniła Marta. Okazało się, że do Rjasnego muszę dotrzeć przed 16:00. Była 12:00, a pamiątek zero. Chłopcy zaraz wzięli mnie w obroty i swój ostatni dzień we Lwowie poświęcili na bieganie ze mną po sklepach. Rozmawiało się super! Mówili, że to „sudźba”, że mnie spotkali, bo mają okazję zastanowić się nad swoim językiem, którego dawno nie używali, a do używania którego ich sprowokowałam.

SAMSUNG
Mała mapa Ukrainy i  mała dyskusja o oblastiach.

Po wyjściu z Kopalni Kawy, dostałam od nich mały pakuneczek. Piękny kubek z wymalowanymi kamieniczkami Lwowa, na pamiątkę 🙂 Chłopcy zaprosili mnie jeszcze na małe piwo do Prawdy i wytłumaczyli jak dojechać do Rjasnego (okazało się, że nie jest to takie proste jak mi się zdawało).

Marta czekała przy przystanku. Przywitałyśmy się i ruszyłyśmy przez osiedle. Między blokami i ogródkami działkowymi. Po paru minutach znalazłyśmy się pod typowym PRL-owskim blokusem. Jednak zamiast skierować kroki w jego stronę, Marta niespodziewanie pchnęła drzwi przyległe do wielkiej żelaznej bramy.

I znalazłam się W MAŁYM ZOO. W środku osiedla bloków! Okazało się, że tata Marty jest hodowcą ptaków. Stanęłam jak wryta i nie wierzyłam. Nigdy nie widziałam tylu gatunków papug naraz!

SAMSUNG

SAMSUNG

Rodzice Marty ugościli mnie miłą rozmową przy herbatce na ganku. Marta zabrała moje rzeczy a ja delektowałam się czajem przy akompaniamencie papuziego skrzeku: „Hryhorij! Hryhorij!”. Pierwszy raz słyszałam papugę, która nadaje po ukraińsku! 😀 😀

SAMSUNG
Ta papuga gada!


Ostatnie starcie z milicją.
Do miasta pojechałyśmy razem. Marta miała jeszcze trochę czasu do swojego spotkania, podobnie zresztą jak ja, więc zabrała mnie na pyszną żurawinową naleweczkę. Tam zaczęłyśmy tak nadawać, że zapomniałam o Bożym świecie.

Kiedy Marta na chwilę zniknęła we wnętrzu lokalu, wyciągnęłam telefon. Cholera! Było wpół do dziewiątej! I 8 nieodebranych połączeń od Valerego.

No nie chciało mi się już nic robić, miałam rano wstawać, a i tak by musiał czekać zanim dotrę pod operę. Więc napisałam mu sms, że milicja mnie zatrzymała, zadają mi dziwne pytania i nie wiem o co chodzi. Kontakt z Valerym się urwał. A kontakt z milicją, wkrótce miał nastąpić, czego oczywiście się nie spodziewałam.

Przyszli znajomi Marty. Było świetnie, najpierw byliśmy w knajpie, a potem buchaliśmy na placu Tudora, miejscu stworzonym dla młodzieży szalejącej. Zapomniałam, która jest godzina. Przypomniało mi o tym dwóch milicjantów, którzy wyrośli jak z podziemia.

Panowie byli niezwykle uprzejmi i grzeczni. Bez kar i wymuszeń poprosili tylko żebyśmy poszli sobie dalej bo tu ludzie się skarżą. Ich wzrok powalił mnie na kolana. Przypominał mi wzrok milicjanta, którego podrywałam jak byłam pierwszy raz we Lwowie. Taki chłodny, z serii: „Milcz mała, robisz z siebie idiotkę”.

Tym samym się dowiedziałam, że od niedzieli (a była sobota nad ranem), nie będzie już milicji we Lwowie. Że wchodzi policja. Ponoć przyjechał nawet jakiś ważniak, który miał szkolić milicjantów na policjantów, i zaraz pierwszego dnia ktoś mu wyczyścił samochód z radia 😀

Przenieśliśmy się do parku Franka. Posiedziałam jeszcze chwilę, po czym w miłym męskim towarzystwie, zostałam odeskortowana do hostelu. Za 4 godziny zaczynała się wycieczka.

11

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s