Wasia, nie żyjesz! Zamach na granicy.

Czas na mandry!
Była 07:15. Na dworze panował chłód typowy dla letnich poranków. Stwierdziłam, że lepiej będzie jak się gdzieś przejdę. A najbliżej cyrku był Sobór św. Jura.

Wystarczyło wspiąć się na górkę i oto stanęłam pod nowym pomnikiem Metropolity Szeptyckiego. Jeszcze miesiąc temu stały tu namioty, a Jurko i Krystyna tłumaczyli mi, że to protest przeciwko budowie pomnika za 32 miliony hrywien. No cóż, nie udało się.

Sobór był otwarty. Udało mi się trafić na mszę! Pierwszy raz brałam udział w tak pełnym mistycyzmu obrządku. To nie tak, że nie podoba mi się u nas w kościele, nie. Ale te szepty, zapach kadzideł, śpiew kapłana, melodia, język, światło, ikony, cała oprawa…miałam ciarki… Pomodliłam się za szczęśliwą podróż i wróciłam pod cyrk.

SAMSUNG
Pomnik Metropolity Andrzeja

Rohatyn i muzeum w piwnicy akademika
W autokarze przypadło mi miejsce z samego przodu. Mogłam więc podziwiać, jak autokar mknie 100 km na godzinę przelatując przez dziury na drodze. Wyglądało to jak w kreskówkach, gdzie Struś Pędziwiatr żeby pokonać przepaść rozpędza się do maksymalnej prędkości i po prostu nad nią przebiega łamiąc prawa fizyki 😀

SAMSUNG
To i tak lajt. Na większych hardkorach nie zdążyłam cyknąć foty bo łamaliśmy czasoprzestrzeń.

Siedziałam z Wasią. Drobniutkim i spokojnym chłopaczkiem. Podobnie jak ja, jechał sam, reszta miejsc była obsadzona przez pary i rodziny. Pierwszą trasę pokonałam w półśnie ukołysana legendami opowiadanymi przez przewodniczkę.

Pierwsze wzmianki o Rohatyniu pochodzą z XIV wieku. Stoi tam przepiękna cerkiew z niezwykłym ikonostasem. Maleńka, drewniana budowla na wzniesieniu, rzeczka i klimatyczny cmentarz. Coś pięknego! Poczułam, że jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Słońce, bezchmurne niebo, perspektywa wspinaczki na Howerlę w Dzień Prapora… Nic nie zwiastowało nadchodzącej katastrofy.

Wtedy podszedł Wasia:
-Sfotkaj mene!

Podał mi komórkę z uruchomionym aparatem i wyprężył dumnie pierś przed słupem telegraficznym. W przeciągu 15-u minut procedura powtórzyła się sześć razy. „Sfotkaj mene” stało się przekleństwem, które ciążyło na mnie przez cały dzień.

SAMSUNG
Rohatyn

Następną miejscowością do której pojechaliśmy był Bursztyn. Zgodnie z planem mieliśmy zwiedzić muzeum „Berehynja”. Wysiedliśmy pod klockowatym budynkiem, który okazał się akademikiem, w piwnicy którego działa muzeum! Przy akompaniamencie „sfotkaj mene” weszłam do wielkiego pomieszczenia pełnego wyszywanek, ludowych strojów, zębów mamuta i ksiąg pamiętających czasy zaboru.

SAMSUNG
Muzeum w Bursztynie

Po muzeum oprowadzała była emerytowana nauczycielka literatury ukraińskiej. 30 lat temu odwiedził ją były uczeń przynosząc wyszywaną pościel po zmarłej babci:

-Chce pani taką pościel? Babka zmarła i pozbywam się wszystkiego z domu. Jak pani nie chce, to wyrzucę.

Nauczycielka szybko się zorientowała, że ręcznie wyszywana pościel przeżyła trzy pokolenia i grzechem jest porzucenie jej na śmietniku. Poprosiła chłopaka o przyniesienie innych pamiątek po babci. Były tam prawdziwe cuda. Wtedy pojawił się pomysł na muzeum rzemieślnictwa i tradycji ludowej. Wieść szybko rozniosła się po okolicznych wioskach. Ludzie przynosili stare przedmioty, książki, ubrania…w zbiorze znalazły się nawet zęby mamonta!

SAMSUNG
„Zuby mamonta”, cokolwiek to znaczy i cokolwiek to jest

Każda rzecz miała swoją historię. Ze wzruszeniem słuchałam opowieści starszej pani. Po godzinie wyszłam jak zaczarowana. Wyobraźnia działała na pełnych obrotach. Niezwykłym jest, gdy zwykłe przedmioty wprowadzają nas w świat historii, wspomnień, wzruszeń…

Sfotkaj mene w Iwano-Frankiwsku
Nie było mi dane wkręcić się w kosmiczne opowieści przewodniczki, oj nie 😀 Miała godnego konkurenta w postaci Wasi, który raczył mnie historiami dziwnej treści przeplatając je pytaniami o mój stan zdrowia, temperatury i podawania co 3 sekundy swojego prowiantu. Gdy usiłowałam zapiąć pas, który, jak to u pasów bywa, łatwo się blokuje i wymaga czułości, Wasia wyrwał mi go z ręki i zaczął szarpać.

-Pomogę ci, pomogę!

Siedziałam sparaliżowana z oczami wybałuszonymi jak żaba. W końcu, po pięciu minutach szarpaniny i niekoniecznie eleganckich rzeczowników posiłkowych, wyrwałam mu pas i się zapięłam. Długo potem żałowałam, że zamiast się szarpać, mogłam od razu zakneblować mu usta metalową sprzączką. No ale najlepsze pomysły przychodzą post factum. Zaczęłam obmyślać chytry plan ucieczki.

SAMSUNG
Kolaż zrobiony z małych zdjęć portretowych mieszkańców Iwano-Frankiwska

W Iwano mieliśmy czas wolny. Wcześniej jednak przewodniczka oprowadziła nas, pokazała co, gdzie i jak, opowiedziała o ważniejszych zabytkach. I puściła nas wolno. Hurra! Nadszedł czas ucieczki.

Niestety nie dla mnie.

-Idę z tobą!- stwierdził z przekonaniem Wasia – Bo się zgubisz! Muszę kupić magnes.

Ok. Poszliśmy do kramiku i kupiliśmy magnes na lodówkę z Banderą.

-To teraz do cerkwi! Ja prowadzę!

SAMSUNG
Iwano-Frankiwsk

Wiedziałam, że idzie w złą stronę. Obeszliśmy rynek trzykrotnie, w międzyczasie kupiłam sobie kawę, wyłączyłam słuch i napawałam się piękną pogodą. Szkoda mi się trochę zrobiło i Wasi i wycieczki więc zaprowadziłam go w końcu do tej cerkwi żeby nie tracić czasu.

Potem sfotkaliśmy się pod fontanną, do której można wejść i ruszyliśmy do wielkiego parku z jeziorkiem. Pytania o zdrowie, głód, temperaturę i niesienie torebki, ewoluowały w pytania o stan cywilny.

SAMSUNG
Fontanna

W parku stoi rubaszny pomnik Tarasa Szewczenki. Jest kompletnie asymetryczny, komiczny i groteskowy. Ręka Tarasa jest większa od głowy. Pomnik był prezentem dla diaspory ukraińskiej w Kanadzie. Niestety, odesłali go z powrotem (hmm…ciekawe czemu :D). I postawili w parku w Iwano.

Przy pomniku jest wielki rollercoaster i koło młyńskie. Siermiężną konstrukcją przypominające zjeżdżalnię i karuzelę, które stały na podwórku pod blokiem gdy miałam 5 lat.

SAMSUNG
Wziuuum!

Połaziliśmy jeszcze po mieście, sfotkałam się z Ruską Trójcą i ruszyliśmy w poszukiwaniu prowiantu na wyjście w góry. Udało mi się dorwać marchewkę po korejsku (w Polsce znana pod nazwą „marchew po kozacku”), wędlinki i bułeczki.

W kolejce do kasy zauważyłam, że z mojego koszyka zniknęły wszystkie produkty, które sobie skrupulatnie dobierałam przez ostatnie 20 minut. Czary?

Wasia. Wasia wyciągał każdy produkt, znikał, po czym przynosił towar z powrotem. Na początku pokornie to znosiłam, ale gdy przyszła pora płacić a on znowu wyrwał mi suszone ryby zapytałam wściekła, czy oszalał.

„Muszę je pozamieniać na te z dalszym terminem ważności.”

No tak, to ma sens.

SAMSUNG
Z Ruską Trójcą

W drodze do górskiego hotelu w Tatarowie, zatrzymaliśmy się w Mykulyczynie, gdzie można kupić piwo z prawdziwej huculskiej receptury.

-To co, napijemy się dziś razem, co? – stwierdził z przekonaniem Wasia.
-Nie mam ochoty na piwo, przepraszam. – powiedziałam i stanęłam w kolejce.
-Ja ci kupię, nie martw się ! – przekonywał.
-Nie trzeba! Ja sobie kupię. Chcę zabrać do Polski, dla przyjaciół.

Po 40-u minutach w kolejce i po zakupach ruszyliśmy do Tatarowa. Historie i pytania Wasi nie ustawały.

Marzyłam o prysznicu. Wiedziałam, że jak tylko znajdę się w swoim pokoju, porzucę rzeczy i pędem ruszę do łazienki żeby stanąć w kolejce. Jakież było moje szczęście, gdy zobaczyłam, że MAM ŁAZIENKĘ W POKOJU. Elegancką ! I telewizor! Nareszcie sama, bez pytań, nachalności i dziwnych tekstów!

Rozległo się pukanie do drzwi. Zatrzęsłam się w trwodze i uchyliłam wrota. Cóż za niespodzianka! Za drzwiami stał Wasia, podniecony, podekscytowany i rozpalony.

Cały drżał:
-Pijemy wszyscy! Musisz tam iść! Integracja!
Czułam, że to podstęp.
-Dziękuję Wasia.

I machnęłam piwo jednym duszkiem. Wcześniej jednak skrupulatnie zaryglowałam drzwi.

SAMSUNG
Pokój w hotelu

Ucieczka górska i Dzień Prapora na Howerli
Piękniejszego dnia nie mogłam wybrać. Ciepło, słoneczko w górze i Dzień Flagi. Czekała mnie wspinaczka na najwyższy szczyt Ukrainy. Wchodziłam już kiedyś w Rumunii na podobną wysokość, więc się nie przejmowałam, ba! Dopuszczałam nawet wspinaczkę w baletkach.

Na szczęście zrezygnowałam z tego durnego pomysłu i ubrałam na wszelki wypadek adidasy. Przez następne 3-4 godziny dziękowałam samej sobie w duchu, bo wejście nie należało do najłatwiejszych. Jedną trzecią trasy pokonałam na czworaka wspinając się po skałach. W baletkach połamałabym sobie nogi.

Wycieczka podzieliła się na trzy części. Pierwsza, z przewodniczką, która miała tempo błyskawicy. Druga, umiarkowana, ludzie szli w pewnych odległościach. I trzecia, którą zamykał jeden z uczestników wycieczki, powolutku i bezstresowo.

Pierwsze co zrobiłam to wystrzeliłam za przewodniczką. Wasia dzielnie dotrzymywał mi kroku. Zbiegłam więc w dół, do drugiej części uczestników. Wasia za mną. Raz już myślałam, że go zgubiłam, ale na przypuszczeniach się skończyło, bo stał za moimi plecami.

11Początek trasy pokonałam jak górska koza. Skacząc i biegając po skałach od prawej do lewej, od lewej do prawej. Myślałam, że z wysiłku się zaduszę, ale warto było. W końcu przystanęłam. Poczekałam aż Wasia pójdzie dalej. Był czujny. Odwrócił się i zaczekał.

-Idź, Wasia, idź! – zawołałam. Stał niewzruszony. – Wasia! Potem cię dogonię, muszę coś załatwić!

W środku gór. W dziczy. Coś załatwić. Przez kolejne, ale już samotne!, 3 godziny zastanawiałam się, co można załatwić w górach oprócz potrzeby fizjologicznej. No nie przyszło mi nic do głowy. Jednak Wasia zniknął z oczu. Najwyraźniej uszanował moje tajemnicze interesy z naturą.

Do góry wchodziły grupy ludzi, starsi ludzie, dzieci…wszyscy z flagami. Nie mogłam wyjść z podziwu jak widziałam stare, pomarszczone dłonie, albo malutkie, sześcioletnie nóżki, które wspinały się z wysiłkiem, ale bez najmniejszego narzekania po skałach na szczyt.

Na górze powitał mnie Wasia. Stał i czekał przy przewodniczce:
-No, Wasia! – powiedziała dziarsko niczego nieświadoma przewodniczka – To teraz możesz sfotografować Agnieszkę.
-PRZEZ CAŁY WYJAZD CZEKAŁEM NA TĘ CHWILĘ – wykrzyknął radośnie Wasia.

12

Na szczycie były tłumy. Powiewały flagi, a po górach niósł się huk ukraińskiego hymnu śpiewanego przez kolejne grupy. Chłopcy w mundurach stali pod słupem, malowanym przez innych na żółto-niebiesko. Widok był nieziemski.

SAMSUNG
Słup pomalowano na niebiesko z żółtym tryzubem

Na szczęście mieliśmy wracać lżejszą trasą. Na nieszczęście ktoś zaniemógł po drodze i jednak czekała nas powrotna podróż po tych samych skałach, po których wcześniej się wspinaliśmy.

Po odśpiewaniu hymnu ruszyliśmy w dół. Narzuciłam sobie dziarskie tempo i znikając między korytarzami krzaków szybko zostałam sama. Na dole czekała przewodniczka. Byłam tak padnięta, że nie marzyłam o niczym innym, jak o ciepłym foteliku w autokarze, butelce wody i kanapce. Trzeba było jednak poczekać na resztę.

-O, tu jesteś! – Wasia wyrósł jak spod ziemi -Chodź, kupię ci magnes!
-Nie chcę.
-A mi kupisz? – spytał słodkim głosikiem rosły chłopak, a ja przewróciłam się ze śmiechu.

Postanowiłam poszukać przewodniczki, żeby bezproblemowo trafić do autokaru. Sama za cholerę nie mogłam go znaleźć. Przewodniczka jednak zniknęła mi z oczu, a WASIA ZAPEWNIAŁ, że przed chwilą był w autokarze i mnie zaprowadzi.

NO SKORO BYŁ. Normalnie bym mu nie zaufała, bo ciągle się mylił i wszystko mieszał, ale SKORO BYŁ TO OK.

I poszłam za nim. Szliśmy jakieś 20 minut górską szosą w dół.
-Wasia! Jesteś pewien, że stał tu autokar?
-No stał ostatnio.Tylko coś faktycznie długo idziemy. On był chyba STAŁ wcześniej, ale go tam nie było.

Na szczęście drogą szła para z naszej wycieczki. Też szukali autokaru. Wasia ich zapewnił, że to słuszny kierunek. Sam pobiegł z powrotem, na wszelki wypadek. Że gdyby jednak autokar stał wcześniej, to powie reszcie, że my już schodzimy do wsi i, że tam zaczekamy.

No i szliśmy. Godzinę. Drugą godzinę. Zbliżała się 19:00 i słońce mogło zaraz zajść. Byłam jednak tak zmęczona, że zamiast płakać, zaczęłam się śmiać. I towarzysze sprzyjali tej wesołości.

-Dawajcie, zamiast się co chwilę odwracać czy jedzie nasz, zrobimy taki transparent „Wasia, nie żyjesz!” – powiedziałam, a w głowie już miałam wizję jak rozbijam mu kołki na głowie.

SAMSUNG
Zaginieni w górach

Szliśmy, a wsi nie było. Mijały nas co jakiś czas łady. A autokar nie nadjeżdżał. Drogą szła cyganka z dzieckiem.

-Czy daleko do wsi? – zapytałam, mając przeczucie, że to już za zakrętem.
-Kochana, do wsi to jeszcze godzina albo i dwie! – odparła stara namierzając wzrokiem mój telefon.

Na szczęście w tym momencie nadjechał nasz autokar. Usiadłam na swoim miejscu nie odzywając się do Wasi.
-Straszno było? – zapytał znienacka cienkim głosikiem.
-Tak, dzięki tobie!!!! – nie wytrzymałam i się wydarłam.

Wasia zamilknął. Trochę mi było go żal, mogłam tak nie reagować. Z drugiej strony ile można? 😀 😀 Trudno, obraził się. Teraz to już tylko cisza, spokój i koniec dziwnych pytań.

Pierwsze pięć minut upłynęło w ciszy. Następne dziesięć to były próby podjęcia dialogu. Wasia to otwierał usta, to zamykał. W piętnastej minucie tego meczu wypalił:

-A pamiętasz te bułki, co kupiłaś wczoraj w Iwano-Frankiwsku w tym supermarkecie?
-Tak.
-Smakowały ci?

SAMSUNG
Worochta i późna kolacja w postaci Banoszu, tzn. kaszki kukurydzianej z białym serem

We Lwowie czekała na mnie Marta. Chyba wyczuła po smsach, że coś jest nie tak i bez względu na późną godzinę postanowiła po mnie wyjść. Nie mogłam jej napisać wprost o co chodzi, bo Wasia cały czas zaglądał mi w telefon.

Po tym, jak próbował łapać nocny autobus wypchany ludźmi po brzegi i nie mogliśmy go odwieść od tego zamiaru, po tym jak nie mogliśmy złapać taksi (w Święto Flagi trudno o nią tak, jak u nas w Sylwestra) i po 30u minutach przyjechała, a Wasia chciał ją odwołać, wróciłyśmy do domu. Nazajutrz wracałam do Polszczy.

SAMSUNG
U Marty w domu

Zamach na granicy. Czyli o tym, jak pożegnałam Ukrainę z hukiem.
W powrotnej marszrutce poznałam Saszę, który prowadzi sklep w Chmielnickim. Obiecał zawieźć mnie swoją maszyną z granicy do Przemyśla, jechał w tę samą stronę. A obawiałam się, że nie zdążę na pociąg.

17

Po przekroczeniu granicy, Sasza zostawił mi swoją torbę i poprosił żebym zaczekała 10 minut, bo on musi iść po samochód. Do pociągu było niewiele czasu, a bilety kupione, więc czas mnie gonił. Stanęłam więc z jego torbą wśród drobnych przemytników i czekałam.

Minuty mijały, a Saszy nie było. 08:15 to był ostatni dzwonek, żebym ruszyła do Przemyśla. Zdenerwowana, ale z nadzieją, że auto zaraz wyjedzie zza zakrętu zadzwoniłam do Saszy:

-Gdzie jesteś?
-Auto nie pali! – zawołał łamaną polszczyzną
-CO?!
-No auto nie pali, no nie pali!!!
-Nie możesz ruszyć?
-Tak! Ale już idzie kolega pomóc!

Ręce mi opadły. Szans, żeby zdążyć już nie było, musiałabym wyjechać z granicy WŁAŚNIE TERAZ.

I właśnie teraz podjechała marszrutka. Kierunek: „Dworzec w Przemyślu”. Bez namysłu wykręciłam numer:
-Sasza! Słuchaj! Zostawiam twoją torbę tu w kantorze. Moja marszrutka przyjechała, inaczej nie zdążę!

Do busa wsiadała ostatnia osoba. Rzuciłam się z torbą Saszy do kantoru:
-Diwczynka! Ja wychodzę! Nie odpowiem za torbę!
-Zostaw u mnie! – zawołał handlarz, który stał obok z kramikiem zegarków.

Usłyszałam ryk silnika. Marszrutka ruszała.

Rzuciłam z impetem torbę pod nogi handlarza i puściłam się rozhisteryzowanym biegiem do busa.

-A TO NIE WYBUCHNIE?! – wrzasnął za mną przerażony handlarz, a tłum przemytników rozpierzchł się w popłochu i panice.

Zdążyłam.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s