Wino po czesku, Hej sokoły! i Lwów, który oddycha w czasie burzy.

Hostel.
To był pierwszy dzień mojego drugiego pobytu we Lwowie. Hostel zabukowałam sobie w portalu booking.com, na samej ulicy Teatralnej, znaczy się 60 metrów od Rynku. Warunki spartańskie, mała prycza z łóżkiem dwupiętrowym, ciasna – ale własna! Miła recepcjonistka, obok kuchnia i ukraińscy Cyganie na podwórku. Brzmi strasznie, a jednak polecam – Coffee Hostel. Głównie ze względu na bezpieczeństwo i lokalizację. Tak wyglądał widok z balkoniku:

SAMSUNG
Widok z kuchennego balkoniku

Pub Dzyga i wino po czesku.
Szybka kąpiel, małe starcie z Rosjanami na dachu Domu Legend, i niepocieszona ruszyłam na spotkanie autorskie z Prochaśką. Właśnie trwa Miesiąc Spotkań Autorskich, więc miałam okazję zobaczyć jak odsłona festiwalu prezentuje się we Lwowie. Ku mojemu zaskoczeniu, w pubie Dzyga, zobaczyłam pisarza, którego kilka dni wcześniej miałam okazję posłuchać we Wrocławiu. „To dobry znak” – pomyślałam i poszłam na dół posłuchać Prochaśki.

SAMSUNG
Kawa na dachu Domu Lehend. Cisza przed burzą.

Zniechęcona tłumem i perspektywą stania po 12-u godzinach podróży, wyszłam przed knajpę odetchnąć papierosem. Tam poznałam bardzo sympatyczną dziewczynę. Marta zaprosiła mnie do stolika, przy którym siedziała bohemistka z Uniwersytetu we Lwowie, czeski pisarz i wspomniany przeze mnie wcześniej Jurij Wynnyczuk (myślę, że nazwanie go jednym z czołowych dowcipnisiów-satyryków Ukrainy nie będzie przesadą :D).

3.

Kelner przynosił fenomenalne wina w wiaderkach, a my rozmawialiśmy sobie po czesku. To znaczy oni rozmawiali, ja słuchałam i czasem wtrąciłam coś po polsku albo po ukraińsku. Żeby było sprawiedliwie! 😀

Marta dość szybko się pożegnała, więc też postanowiłam opuścić towarzystwo. Po drodze jednak wpadło mi do głowy, że warto powitać Lwów, zaglądając na chwilę do jego najbardziej nacjonalistycznej gospody jaką jest Kryjivka.

Zagrajcie tej panience!
W Kryjivce były tłumy. Zamówiłam świeżo uwarzone w Prawdzie piwo i usiadłam sobie przy stoliku wczuwając się w atmosferę. Od razu padł na mnie wzrok dwóch rosłych gentelmanów w ‚klubowych’ koszulkach. Weszła orkiestra. Pan z akordeonem, skrzypek i pani śpiewająca sielskie piosenki. Pograli chwilę. Nagle moi kibice machnęli ręką na orkiestrę, pokazali na mnie i zawołali:

-Zagrajcie tej panience!

Akordeonista usiadł okrakiem przy moim stoliku, skrzypek wygrywał z lewej, a pani śpiewała w moją stronę ukraińskie piosenki. Zachęcali żebym też śpiewała ale co mi po tym, skoro nie znam treści. Milczałam jak ryba i wesoło podrygiwałam ręką. Po drugiej piosence odważyłam się otworzyć usta i powiedziałam:

-Przepraszam, że z wami nie śpiewam, ale nie znam tekstów. Jestem Polką.
-Jesteś Polką? – zawołał jeden z kibicujących.
-Tak. – odparłam
-Zagrajcie „Hej sokoły!” – zawołał chłopak. Orkiestra zaczęła grać i śpiewać, a razem z nimi pół knajpy. I ja też!

Wszyscy patrzyli na mnie z uśmiechem, pozdrawiali z oddalonych stolików i machali.

Po Sokołach zaproponowałam „Tyś mene pidmanuła” bo to akurat znam. Tak pi razy drzwi, ale zawsze. Zmęczona śpiewem postanowiłam skorzystać z rady koleżanki (Capka, nie żyjesz.) i zrobić coś, czego nie zrobiłam przy poprzedniej wizycie we Lwowie. To znaczyznaczy PÓJŚĆ ZOBACZYĆ PALARNIĘ W KRYJIVCE…Od razu napiszę, że jeżeli wybierasz się do Lwowa, chcesz odwiedzić Kryjivkę i mieć niespodziankę, to nie czytaj następnego rozdziału mojej opowieści. Po prostu zapytaj kelnera o palarnię.

Palarnia, czyli jak tańczyłam na desce.
Chodzę, szukam….nigdzie nie ma żadnej palarni! Podchodzę do obsługi.
-Przepraszam, gdzie tu jest palarnia?
-Palarnia, taaaak? – zapytał dziwnie kelner.
-No tak, palarnia.
-Palicie papieroski, taaak? – dopytywał.
-No tak.
-To zapraszam za mną.
Podreptałam ufnie jak owieczka. Kelner otworzył drewniane drzwi, wpuścił mnie do jakiegoś klaustrofobicznego pomieszczenia i trzasnął drzwiami. Zdębiałam. Nagle w drzwiach otworzyło się maleńkie okienko.
-To tu mam palić? – zapytałam przez otwór.
-Nie. Masz tu tańczyć i śpiewać. Inaczej nie wyjdziesz. Możesz sobie postawić piwo na deseczce.
-NIEEEEE – wrzasnęłam – Wypuszczajcie mnie stąd ! – zaczęłam się śmiać.
-Dopiero jak zatańczysz i zaśpiewasz.
-Jestem Polką, Polki nie umieją śpiewać.
-No ok. Tu masz rację. Ale zatańczyć musisz! I to na desce!
Weszłam na ławeczkę. Pomachałam rękami w geście discopolowych słoneczek i machnęłam prawą nogą w bok. Gość się wahał, ale robota czekała więc mnie wypuścił dla świętego spokoju.

SAMSUNG
Z  przystojnym Litwinem w biurze NASA

Poszłam na podwórko Kryjivki. To znaczy do NASA, bo tak wyglądało podwórko. Tam pośmiałam się z miejscowymi motocyklistami w stylówie a’la lata 90-te, odmówiłam im przejażdżki i przysiadłam na ławce. Podszedł do mnie bardzo przystojny Litwin w t-shircie z krawatem razem z kolegą Ukraińcem – Dimą. I w ten sposób dałam się wyciągnąć na spacer po nocnym Lwowie. Nasza trójka. Polka, Litwin, Ukrainiec. Rzeczpospolita Trojga Narodów! 😀 😀 😀
4.2.
Lwów oddycha w czasie burzy.
Dima i Litwin pracują na budowie i marzą żeby założyć na Ukrainie styropianowy biznes. Od razu zapytali, których knajp jeszcze nie odwiedziłam. Padło na Hasową Ljampę. Byłam tam już kiedyś, ale zapomniałam. To kolejny lokal zajmujący kilka pięter kamienicy, oczywiście z wystrojem, który rzuca na kolana. Usiedliśmy na oszklonym dachu i wśród zapachu nafty zamówiliśmy po piwie Zenyk. Litwin był bardzo dziwny, czego nie można było powiedzieć o nieśmiałym i grzecznym Dimie. I może to nie było eleganckie z mojej strony, ale to na Dimie skupiłam swoją uwagę. Miał w sobie coś, co przyciągało

SAMSUNG
Dmitrij

Zeszliśmy z Dimą na dół zakurzyć. Dowiedziałam się, że jest Lvivianem z krwi i kości. Normalny, drobny chłopak w wyciągniętym dresie, adidasach, z lekką wadą wymowy. Zagaiłam go o Lwów. O bruk Iwana Franka i o moje dachy. I zaczęły się jego barwne opowieści o Lwowie. O kamienicach, o szynach, o kamieniach, o podziemnej rzece Połtwie…

Zawsze jak poznaję miasto od środka, muszę wejść na dach. Próbowałam to zrobić podczas majowego pobytu w polskiej asyście, ale było to niemożliwe.

-Wiesz, rozumiem co masz na myśli. – powiedział Dima – Myślę podobnie. Miasto poznaje się najlepiej z perspektywy bruku i dachów. I co, mówisz, że jak już znalazłaś odpowiednie wejście to ktoś cię zatrzymał?
-Tak.
-To normalne, że cię zatrzymał. Nasze dachy nie nadają się do siedzenia. Tam nie ma płaskiej powierzchni a dachówki się cały czas sypią. Chodź, pokaże ci Lwów z jeszcze innej perspektywy.

No i poszliśmy. Wyszliśmy za Arsenał i wystarczyło przejść przez ulicę. Moim oczom ukazał się widok jak z niezwykłej pocztówki. Lwów wyłaniał się swoimi dachami zza obronnych murów. Przysiadłam na kamieniu i patrzyłam, jak pioruny trzaskają nad miejskim niebem. Nagle szurnęło głośniej. Wystraszyłam się, bo nie lubię burzy na dworze.
-Nie bój się – powiedział Dima. – To Lwów oddycha. Posłuchaj.

Zabił dzwon. Zabrzmiał grzmot. Zabił dzwon. I znów grzmot.

Dima podrygiwał palcem w takt grzmotów i dzwonów. Popatrzył pytająco czy załapałam. Kiwnęłam głową. Niezwykłe było to, że wszystko rozgrywało się pulsacyjnie, jakby naprawdę miasto oddychało. Byłam strasznie zdumiona, a zarazem bardzo mi się to podobało. Bo ten oddech naprawdę nie ustawał.

SAMSUNG
Lwów nocą.

-Dobra, zaczyna padać, choć pokażę ci jeszcze fajny pub, skoro lubisz kraftowe piwa.

I zabrał mnie do Kumpla. W środku było piwo warzone na miejscu i od razu rozlewane klientom do pokali. W tle leciała polska, przedwojenna muzyka. Można było zamówić lody gałkowe o smaku piwa i smaczne przekąski. A Dima dalej zaskakiwał mnie opowieściami o magii Lwowa.

SAMSUNG
Pub Kumpel, ul. Volodymyra Vynnychenka 6.

Raptem pojawił się nasz niepocieszony Litwin. Jego zamiary były widoczne jak na dłoni, więc polowanie na baby się nie udało. Usiadł zmarnowany i popatrzył na mnie posępnie. Dima promieniał.

-No dobra. To co ci jeszcze pokazać? – zapytał Litwin.
-Chcę potańczyć! – odparłam błyskawicznie z nadzieją, że zdążę jeszcze odespać pociąg odjeżdżający za 5 godzin do Tarnopola.
-No to trafiłaś, bo to za rogiem – powiedział Litwin i poszliśmy do Starhorodu.

8.

Starhorod
Starhorod to restauracjo-klubo-hotelo-piwiarnia o niebotycznej powierzchni. Na wielkim dziedzińcu bawili się młodzi, elegancko ubrani ludzie. Chciałam i ja się pobawić. Jednak Dimy nie wpuścili ze względu na dress code. Nawet udawanie przeze mnie brytyjki, która’ tauzynd majls jechała żeby tu potańczyć z przyjacielem’ nie pomogło. Jeszcze wyszłam na kłamczuchę bo Litwin nieopatrznie palnął, że jestem Polką. Ochroniarz popatrzył na mnie z takim wyrzutem, że zrobiło mi się przykro, że go okłamałam. Załamany Dima już chciał biec do domu się przebrać, jednak go powstrzymałam. Zrobiła się 5 rano. Weszłam więc tylko do środka, pozwoliłam molochowi zrobić na mnie wrażenie i ruszyłam do kiosku po piwo – podziękowania się należały chłopakom, a co! W sprawie kiosku: Tak, tu kioski działają całą dobę i można w nich dostać wszystko od rajstop, biletów, bananów po koniak. Wręczyłam po piwie chłopakom i skierowałam się do domu. I tu Dima mnie nie zawiódł. Odprowadził mnie pod sam hostel mówiąc:

-Bo polska panianka nie może chodzić po Lwowie sama!

I dzięki tym słowom został autorem proroctwa, które powtarzało się potem przez cały mój pobyt we Lwowie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s